Aktualności
„Hospicjum – pełnia życia”. Czego uczą ludzie u kresu życia?
17 czerwca, 2026

Istnieją takie miejsca i tematy, o których nikt nie lubi rozmawiać. Na przykład – śmierć. Żyjemy w świecie, w którym ludzie niechętnie mówią o śmierci. Unika się jej, spycha na peryferie świadomości, udaje, że w ogóle nie istnieje. Swego rodzaju niewidzialna śmierć. Oczywiście, wszyscy wiedzą, że istnieje, lecz gdzieś tam, w odległej perspektywie, teoretycznie, przytrafia się komuś innemu, ale na pewno nie mnie i nie dzisiaj. Czasami jednak podkrada się bliżej – umierają nasi krewni, znajomi czy zupełnie przypadkowi ludzie. Możemy przyglądać się temu z boku, lecz nie jesteśmy w stanie w pełni tego zrozumieć.

Współczesne społeczeństwo zachodnie czyni wszystko, by maksymalnie zdystansować się od umierania. Wystarczy zacząć rozmawiać z kimś o śmierci, by zostać uznanym za nieco dziwnego. „Po co o tym mówić? Życie toczy się dalej, ciesz się nim i rozkoszuj”. Starsi ludzie coraz częściej dogorywają w domach opieki lub placówkach medycznych. Jakbyśmy usuwali ich z pola widzenia, ze swojego horyzontu. To, czego nie widzimy, nie istnieje. Pamiętam, jak podczas ostatniej podróży na Sycylię miejscowi opowiadali, że ten, kto oddaje swoich rodziców do domu opieki, nie cieszy się szacunkiem w społeczności. Dziś jest to jednak raczej wyjątek. Nawet sam pogrzeb jest dziś maksymalnie sformalizowany i zlecany firmom usług pogrzebowych. Nie pozostajemy już sam na sam ze zmarłym.

„Uczcie się umierać” – mawiał Sokrates. *Memento mori* – pamiętaj o śmierci. Powinieneś przeżywać każdy dzień i każdą chwilę tak, jakby śmierć stała tuż za twoimi plecami. Wtedy będzie to życie świadome. Tak nauczał Don Juan z powieści Carlosa Castanedy.

Jednym z takich miejsc, o których ludzie nie chcą rozmawiać, jest hospicjum. To ostatnia przystań, miejsce beznadziei dla nieuleczalnie chorych. I właśnie o tym miejscu chciałbym powiedzieć kilka słów. Przede wszystkim – dobrze, że takie miejsca istnieją. Ich celem jest opieka paliatywna nad chorymi, zapewnienie im kompleksowej troski – medycznej, emocjonalnej i duchowej. Lekarze, duchowni i wolontariusze pomagają tu chorym odejść do lepszego świata, zachowując ludzką godność, otoczeni wsparciem i rozmową.

W naszym hospicjum „Dobrego Samarytanina”, oprócz personelu medycznego, technicznego i duchownych, działa sprawnie zorganizowana służba wolontariacka. Polega ona na tym, że wolontariusze mogą pomagać personelowi w opiece nad chorymi, mogą po prostu przychodzić, by porozmawiać i wesprzeć pacjentów, a najczęściej łączą jedno z drugim.

Co sprowadza tutaj tych ludzi? Dlaczego zdecydowali się zostać wolontariuszami? Moim zdaniem, jest to w pewnym sensie podobne do wiary w Boga. Do Boga przychodzą dwa typy ludzi: ci, którzy słyszą powołanie, oraz ci, którzy przeżyli w życiu trudne chwile, które wywróciły ich świat do góry nogami. Tych drugich jest przytłaczająca większość. Sam do nich należę. Wiecie, mądrzy ludzie sami szukają Boga, a tacy jak ja – zaczynają Go szukać, gdy coś się stanie, zazwyczaj wtedy, gdy cały dotychczasowy świat runął, zniknął, rozsypał się w proch. Wtedy zwracamy się do ostatniej nadziei, ostatniej ostoi – do Boga. Podobnie do hospicjum, by zostać wolontariuszem, przychodzą przede wszystkim ci, którzy przeżyli coś trudnego w swoim życiu. U kogoś zmarła bliska osoba, ktoś sam ciężko chorował, komuś rozpadła się rodzina, ktoś stracił sens istnienia. Ja przyszedłem do hospicjum po śmierci rodziców, którzy odeszli jeden po drugim w odstępie czterech miesięcy. Chciałem pomóc innym ludziom, wesprzeć ich, powiedzieć, że śmierć to nie koniec.

Pierwsze, co zauważyłem, gdy zacząłem wolontariat, to fakt, że większość ludzi trafiających do hospicjum nie jest gotowa na śmierć. W ich oczach czuć beznadzieję, strach, rozpacz. Każdy radzi sobie z tym, jak potrafi. Ktoś kurczowo trzyma się rutyny: posiłki, czytanie, wizyty bliskich, sen. Ktoś gniewa się na cały świat. Ktoś pogrąża się w otępieniu i apatii (szczególnie w stadium przedśmiertnym). I tylko nieliczna grupa pacjentów pogodziła się z losem. Mają łagodne oczy, często się uśmiechają, są niewymagający w swoich pragnieniach, często wierzący. Wierzącym, w przeciwieństwie do materialistów, łatwiej jest umierać. Materialiści uważają, że kres fizycznego istnienia ciała oznacza kres ich samych i całego otaczającego ich świata. Zgodnie z filozofią Berkeleya – świat istnieje jedynie w naszej świadomości. Gdy umieramy, umiera cały wszechświat. Ciężko im się z tym pogodzić. I nie widziałem ani jednej osoby, która pod koniec życia powiedziałaby, że zrobiła wszystko, co powinna, i zrealizowała wszystkie swoje marzenia i sensy. Osobie wierzącej jest łatwiej. Wie ona, że śmierć, jakkolwiek straszna by się nie wydawała, to jedynie przejście z jednego rodzaju bytu w inny. Jak przewrócenie strony w książce lub obrona pracy magisterskiej. Tak, śmierć jest niewiadomą, ale nie jest końcem. Ci zaś, którzy w ogóle nie boją się śmierci, to niemal święci. Takich jeszcze nie spotkałem.

Z czym najtrudniej się pogodzić i oswoić wolontariuszowi, to z tym, jak szybko zmieniają się pacjenci. Przychodzisz po tygodniu, a pana, z którym rozmawiałeś, słuchałeś jego życiowej historii, już nie ma. Łóżko stoi puste lub zajęte jest przez innego pacjenta. Pani, która opowiadała ci tragiczną wojenną historię, zniknęła na zawsze. Wyjeżdżasz na urlop, wracasz – i nie poznajesz w hospicjum prawie nikogo. Oczywiście, są też stali podopieczni, którzy leżą tu od pół roku, a nawet roku. Są to jednak raczej wyjątki.

Trudno być świadkiem tego, jak umierają stosunkowo młodzi ludzie, osoby pozostające przy zdrowych zmysłach i pełnej świadomości. Którzy nie popadają w fazę otępienia i apatii. Choroba pożera ich w przyspieszonym tempie. I w tobie pozostaje jedynie fragmentaryczna pamięć o ich historiach, przeżyciach, nadziejach i oczekiwaniach.

Dobrze, jeśli chory ma rodzinę, która może przyjść, porozmawiać, potrzymać za rękę, objąć, dać poczucie ciepła i troski. Takie wizyty bardzo pomagają pacjentom. Gorzej mają osoby samotne. Dla nich szczególnie ważna jest szczera rozmowa z wolontariuszem, gdy ktoś po prostu zapyta, jak się czują, gdzie pracowali, albo kto jest na tym zdjęciu leżącym przy łóżku. Duchowe rozmowy z księdzem są również wielkim wsparciem dla chorych.

Kogo zapamiętałem najbardziej? Pana Andrzeja, który całe życie jeździł na zarobek do Holandii, pracował w barze, wysyłał pieniądze rodzinie, a potem dzieciom. A gdy wrócił do ojczyzny i chciał nieco pożyć dla siebie, okazało się, że jego czas już upłynął. Nie miał nawet sześćdziesięciu lat. Był bardzo opanowany i spokojny. Jedynie mówił z żalem i lekkim rozczarowaniem. Jakby nie mógł zrozumieć, dlaczego wszystko tak szybko się skończyło. Jakby dopiero wczoraj chodził do szkoły, do liceum, pracował, kochał, wychowywał dzieci, a tu nagle pojawiła się śmiertelna diagnoza.

Panią Zosię, z którą znaleźliśmy wspólny temat – przydomowy ogródek. Opowiadała, co hodowała na swoim ogródku, i martwiła się, czy dzieci dadzą sobie z nim radę, bo są zajęte w pracy, a o ogródek trzeba dbać. Opowiadałem o swoim sadzie i przynosiłem do spróbowania swoje japońskie gruszki. Podchodziła do życia i do śmierci spokojnie, jak do pór roku. Wczoraj było lato, a dziś jest zima. Taki bieg wydarzeń. Nie cierpimy z powodu nadejścia zimy. Po prostu nadszedł czas.

Panią Anię, która uznała, że jestem jej sąsiadem, i za każdym razem wypytywała o wspólnych znajomych. Nie zaprzeczałem, być może w innym życiu naprawdę byliśmy sąsiadami. Zachowała błyskotliwe poczucie humoru, dlatego zawsze było z nią wesoło.

Za każdym razem spotykasz ludzi, którzy znajdują się w końcowym etapie swojego życia. Analizują, wspominają, tęsknią za przeszłością i dzielą się z nami cząstką siebie. Tutaj ludzie okazują maksymalną empatię, wiarę i nadzieję. A ponadto wszyscy otrzymujemy przypomnienie: życie jest krótkie, trzeba się spieszyć z czynieniem dobra, rozwijać miłość do Boga i pogodzić się ze wszystkimi. Albowiem z perspektywy życia i śmierci wszystkie nasze spory i urazy nie mają żadnej wartości. Liczy się tylko miłość i empatia.